Aparat z baterią czy z akumulatorem?

Ile razy zdarzyło się, że podczas imprezy aparat przestał funkcjonować, wymęczony serią zdjęć przy użyciu lampy błyskowej? Jak często nie dało sfotografować się ciekawego powrotu do domu po długich wakacjach, bo nie było akurat okazji zregenerować baterii w aparacie? Takie sytuacje mogą naprawdę wyprowadzić każdego fotografa z równowagi. Dlatego podczas wyboru aparatu zawsze warto przemyśleć, jak często i w jakich sytuacjach przyjdzie nam z aparatem przebywać. Na rynku dostępne są obecnie trzy rodzaje aparatów, biorąc oczywiście pod uwagę źródło zasilania, chociaż tak naprawdę samo źródło się nie zmienia, jest to ta sama bateria, przybierająca jednak różne formy. Najpopularniejsze są aparaty ze zwykłymi paluszkami. Niezależnie czy to baterie typu AA czy AAA, nie musimy obawiać się, że ich nam gdzieś zabraknie. Dostępne są w niemal każdym sklepie, na każdej stacji paliw. Nawet nocne sklepy monopolowe niemal zawsze posiadają je w swoim asortymencie. Baterie takie dają nam komfort bezpieczeństwa, że w razie potrzeby da się je zastąpić innymi. Nieco inna sytuacja jest związana z dedykowanymi do konkretnego modelu aparatu akumulatorkami. Mają one różne kształty, rozmiary i złącza do podpięcia. Nie są to jednorazówki, za każdym razem da się je doładować, ale do tego potrzeba prądu. Żywotność takiej baterii jest o wiele dłuższa niż zwykłego paluszka i zawsze można zaopatrzyć się w zapas takich bateryjek. Wiele do życzenia pozostawia jednak cena, która odstrasza czasami przed większymi zapasami wymiennych wkładów. Najgorzej na tym tle wypadają aparaty z wmontowanym na stałe akumulatorkiem. Pomimo zazwyczaj długiego czasu pracy, możemy mieć ogromny problem, gdy w najbardziej krytycznym momencie jednak nie damy rady znaleźć wtyczki do podładowania naszego sprzętu.


Polaroid, czyli powrót do przyszłości

Pierwsze kompaktowe, powszechnie dostępne aparaty jako nośnik danych obsługiwały klisze fotograficzną – delikatną, wrażliwą na prześwietlenie kliszę celuloidową, która na co dzień zalegała w małej czarnej rolce uniemożliwiającej sprawdzenie, jakie zdjęcia udało się nam zrobić. Najgorsze nie było jednak to, jakie zdjęcia zrobiliśmy, ale czy one w ogóle powychodziły, czy klisza nie została prześwietlona albo czy nie trafiliśmy na wadliwą rolkę z przeterminowaną partią. Akurat to, co powinno się na rolce znaleźć, byliśmy sobie w stanie przypomnieć. Był to bowiem nasz aparat i nasze chwile uwieczniane na taśmie. Co innego, gdy aparat trafił w ręce innej osoby. Przed wywołaniem nie dało się w żaden sposób określić czy to, co zrobiliśmy, warte jest zapłacenia za serię odbitek. Zmieniło się to w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku za sprawą polaroidu. Aparat był dość duży, nieporęczny i często uznawany za brzydki. Miał jednak coś, czego nie miał żaden inny sprzęt fotograficzny. Aparat ten był w stanie wywołać w ciągu kilkunastu sekund uprzednio zrobione zdjęcie, bez konieczności wizyty w punkcie i oczekiwania na odbitki. Z czasem wyparły go aparaty cyfrowe, które jednak pozwalały na przechowywanie większej ilości zdjęć i dostęp do każdego za pośrednictwem komputera. Mimo to polaroidy w ciągu ostatnich lat znowu powróciły w odświeżonej nieporęcznej formie aparatu cyfrowego z wbudowaną drukarką. Nie zrobiły co prawda takiej furory, jak ich o wiele starszy poprzednik, ale osobom, które odbitkę chcą włożyć do portfela albo przyczepić na lodówce, produkt ten przypadnie do gustu.


Bardzo dziwne obiektywy

Obiektywy produkowane są wiele różnych firm. Różnią się one od siebie niemal wszystkim, począwszy od mechanizmu zasilającego poprzez głowicę mocującą, szerokość, grubość, długość, a na kolorze skończywszy. Mówiąc o wymiennych obiektywach, myślimy o profesjonalistach ze specjalistycznym, niekiedy bardzo drogim sprzętem, którego przeznaczenia czasami ciężko dociec. Stałoogniskowe, pryzmatyczne, miękko rysujące, długoogniskowe to tylko nieliczne z obecnie stosowanych typów. Ale czy poza sprzętem wysokiej jakości są jakieś nakładki, o których mogliśmy nie słyszeć? W zależności od tego w jaki sposób bawimy się aparatem, możemy na wszelkiego rodzaju portalach dla gazeciarzy wyszukiwać nowe akcesoria doczepianych do naszych zabawek. Jednym z takich objechanych pomysłów jest coś, co na pierwsze rzut oka przypomina tarczę starego analogowego telefonu. Jednak każda z dziurek, która powinna mieścić cyferkę, zawiera kolorową soczewkę umożliwiającą przefiltrowanie konkretnego koloru. Co prawda filtrowana nakładka dedykowana jest do jednej konkretnej firmy aparatów, ale różnorodność pierścieni stosowanych jako przejściówki pozwoli na dopasowanie jej do niemal każdego typu lustrzanki. Tak zwana fotografia lomograficzna nigdy nie była tak prosta. Jeszcze inną nowinką są obiektywy odchylane od osi centralnej prostopadłej do matrycy. Zastosowanie takiego gadżetu nie ma na celu fotografowania podłogi robiąc zdjęcie nieciekawemu obiektowi, ale efektowne rozmycie tła na krawędziach, bez potrzeby edycji w programach graficznych. Nowe nakładki są coraz modniejsze i wciąż pojawiają się nowe, lepsze lub gorsze pomysły.


Co spsocił nasz kotek?

Wysyłając dziecko na ferie czy na wycieczkę szkolną, dajemy mu aparat z nadzieją, że uwieczni dla siebie trochę mniej lub bardziej zabawnych wspomnień. Dzieciak na pewno będzie skwapliwie fotografował, niekoniecznie żeby ucieszyć rodziców, ale by podzielić się fotkami ze znajomymi. A co, jeśli dajemy aparat komuś, kto na fotografii się nie zna, kto nie umie robić zdjęć, nie chce, uważa że aparat jest ciężki i nieporęczny? Co się stanie, gdy posiadacz aparatu po prosu nie posiada przeciwstawnego kciuka, a podczas tłumaczenia instrukcji obsługi powie tylko miau i prychnie z pogardą? Technika poszła na tyle do przodu, że nawet nasi domowi pupile ku uciesze swoich właścicieli mogą zająć się dość amatorską fotografią. Najdłuższe podróże warte uwiecznienia odbywa najczęściej domowy, wiejski kot. W ofercie wielu portali dla miłośników zwierząt dostępne są do kupienia miniaturowe aparaty podwieszane kotu pod szyją na niewielkiej obróżce. Całość wydawać się może mimo wszystko dość nieporęczna i duża jak na kocie możliwości. Jednak opakowany w wodoszczelne jajo aparat, zaopatrzony w pojemną baterię, pozostaje przy tym nad wyraz lekki. Urządzenie programujemy sami, ustalając częstotliwość, z jaką mają być wykonywane zdjęcia – może być to raz na minutę, raz na godzinę, czy pół godziny. Aparat będzie śledził to, co kot widzi i gdzie się włóczy. Po powrocie naszego ulubieńca dowiemy się co zwierzak robił przez cały dzień i gdzie nam znika, jak tylko się odwrócimy. Oczywiście musimy liczyć się z tym, że na większości fotek będzie po prostu trawa albo jakieś krzaki. Albo po prostu zobaczymy mnóstwo zdjęć kociego legowiska.


Strona 6 z 7« Pierwsza...34567